RSS
czwartek, 14 marca 2019

Poniosło mnie ostatnio...kupiłam sobie pięć sukienek. To teraz bardzo ładnie, z odpowiednim uśmiechem i dygnięciem upraszam wszechświat o to, żebym miała kiedy nosić owe kiecki. Takie minimum plus dwadzieścia kilka poproszę, bez zbędnego zimnego wiatru owiewającego moje cztery litery. 

Marzec to taka dziwna pora roku, niby bliżej do wiosny niż zimy, ale nie dalej jak dwa dni temu spadł śnieg. Taaaak, wiem, od nadmiaru ciepła w roku ubiegłym ludziom się w dupach poprzewracało i teraz to by chcieli Afrykę na swoim podwórku mieć. No ja jestem takim człowiekiem, z dwojga złego wolę jak mi ciurkiem pot spływa po plecach i marudzę na to że jest "za gorąco". Wersję w kożuchach i kozakach ala "ale pizga złem" zostawiam tym mrozoodpornym. 

Zawijam się zatem w cieplutki kocyk, spod którego wystaje kawałek mojego nosa. Ubezwłasnowolniam się tym kocem do kwietnia...

 

08:24, babskistyl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 marca 2019

Dziś biuro mieści się w łóżku, absolutnie nie mam siły na ruszanie dupy gdziekolwiek. Zły los zesłał na moją osobę ciężkie choroby, a że dużo we mnie pierwiastka męskiego, to cierpiałam z tego powodu niesamowicie. Ogólnie to ten tydzień upłynie mi chyba pod znakiem permanentnego marudzenia.

Bo pogoda nie taka jak powinna być, bo nic mi się nie chce, bo wszystko mnie boli, bo nie mam się w co ubrać, bo głowa mnie łupie tak, że pomoże chyba tylko okład ze ściany...

Oczywiście że to NIC w porównaniu z dramatami, których dzień w dzień doświadczają ludzie, ale moje wewnętrzne ja też przeżywa swoje własne, małe dramaciki. 

Tak jakoś mi dziwnie troszkę...w sobotę dowiedziałam się, że mój kolega nie żyje. Chłopak rok młodszy ode mnie. Zaledwie jakiś czas temu rozmawialiśmy, co chwilę lubiliśmy się na fejsbuku, a tu nagle go nie ma. Był i go nie ma. No przecież ja wiem, że tak funkcjonuje ten pojebany świat, że ludzie umierają. Pal licho jak naturalnie, ale nie jak on, od kulki. 

I jak zwykle przy takiej sytuacji bywa, w głowach wszystkich bliższych i dalszych znajomych rodzi się refleksja nad życiem, którego już nie ma. Nagle uzmysławiamy sobie to, że jest ono zbyt krótkie na to, aby się kłócić, nosić w sobie urazy, wyszukiwać u innych winy. Nagle przebaczamy i wybaczamy. Krótkotrwale, bo za miesiąc, może dwa dopadnie nas Alzheimer i "ja mu jeszcze pokażę!"

Zupełnie jakby to jakaś celowa robota była. Jakby jakaś niewidzialna siła pchała nas do złego. W różnych formach i odmianach. 

Dla poprawy nastroju poczyniłam zakupy butowe i sukienkowe. W tej materii wykazuję się kobiecością nieprzeciętną. 

09:06, babskistyl
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 marca 2019

Matko Bosko, ile mi się pajęczyny zebrało na blogu!

Teraz trza pozamiatać wszystko. 

Nie żebym straciła umiejętność pisania, ale ostatnio mam tyle pracy, że nawet nie mam czasu jej wykonywać...ot taki paradoks mnie dopadł. 

W czwartek pojechałam z synem jedynym na koncert poezji śpiewanej. Zespół Cisza jak ta grał i śpiewał. Jeśli nic Wam to nie mówi, to wygoglajcie ich w internetach. Polecam utwory takie jak "Tak Cię kocham", "Pożegnalny wieczór", "Nasze zielone światy" i wiele, wiele innych. No czarują! 

Był to pierwszy koncert młodego i absolutnie go zauroczył. No do tego stopnia, że całe dwie godziny siedział i słuchał, ani razu nie zapytał kiedy koniec. To niech mi ktoś teraz wytłumaczy, dlaczego 3 minut na szkolnym przedstawieniu nie jest w stanie usiedzieć?...spoko, wiem czemu...

Syn mój gra na gitarze już drugi rok i naprawdę wychodzi mu to nieźle. Śpiewać też potrafi, co prawda ostatnimi czasy jego repertuar jest mocno beznadziejny, bo śpiewa takie bzdury, że mi cycki opadają i się wloką po podłodze (Dziękuję Ci tato, że bijesz mnie szmatą). Jednak muszę mu oddać, że technicznie jest naprawdę dobrze. Milczę nad tekstami, bo też kiedyś miałam 12 lat. Dodatkowo on na swoja obronę ma to, że nie fałszuje. 

Po koncercie wyciągnął mnie do emcedonalda. Pomińmy wątek zamówienia i jedzenia, przejdźmy od razu do kosza na śmieci, bo kiedy wyrzucałam tam pozostałości z tacy, to do brudnego pojemnika wpadły moje kluczyki i telefon.

Dzień bez zanurkowania w śmietniku jest dniem straconym. 

23:26, babskistyl
Link Komentarze (4) »
środa, 06 marca 2019

Przez kilka chwil czułam się jak facet, chociaż nawet nie siknęłam sobie na stojąco. 

Zachorowałam!

Zostałam zarażona.

Jelitówką.

Masa-kurwa-kracja w najgorszym wydaniu. 

Nie miałam siły ruszyć palcem, syn jedyny postanowił mnie ratować. Witaminą C.

Nie tą apteczną o znikomej sile działania. Mam w szafce taką proszkową (kwas askorbionowy czy też askorbinian , mało istotne teraz) i on mi ją zmieszał z wodą i podał. Zrobił to oczywiście przestrzegając wszelkich przepisów BHP wobec osoby chorej. Tylko mu kijka brakowało, żeby mi podtykał to pod nos. 

Wypiłam. 

Przegiął pałkę.

Pytam, ile proszku wsypał do TAK MAŁEJ ILOŚCI WODY?

No dwie łyżeczki. Czubate. 

Bomba, ja sobie sypałam zawsze jedną. Płaską. 

Jednak wyzdrowił mnie skutecznie. 

 

Każdego dnia dziękuję Bogu za to że Cię mam...

08:57, babskistyl
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 marca 2019

Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać nad tym, po co i dlaczego ludzie zwracają się do siebie oficjalną formą per Pani, per Pan?

Bo ponieważ dlatego że, doszłam wcześniej do wniosku, iż to nic innego, jak budowanie pomiędzy ludźmi dystansu, nieufności, ostrożności. Mnie zupełnie inaczej pracuje się z kimś, do kogo mówię na ty, a inaczej z "panią czy panem". Najgorzej to jak owa pani se tego życzy, poprawiając wcześniej kij w swojej szlachetnej dupie.

I nie chodzi tutaj wcale o szacunek do osób starszych chociażby, bo taki można okazać, będąc ze sobą po imieniu. Uważam raczej, że będąc na ten przykład w różnych sytuacjach, wymagających też interwencji słownej, to nie powiemy:

-Proszę pana czy ta rana zadana widłami w oko to bardzo panu doskwiera?

Myślę że będzie to coś bardziej w rodzaju:

-Chłopie trzymaj się, pomoc nadchodzi!

Zawsze jednak mogę się mylić.

Albo dzieci.

Tyle razy mówię rodzicom, żeby dzieciaki mówiły do mnie ciociu lub po imieniu, bo jak wyżej...kiedy jestem ciocią, to od razu ci mali ludzie plasują mnie w hierarchii między Świnką Pepą, a Gangiem Słodziaków z Biedry. Uwierzcie, że moim szczekaniem, miauczeniem i ogólnym robieniem z siebie debila na potrzeby pięknych zdjęć, potrafię posunąć się bardzo daleko.

Bardzo. 

Natomiast gdy rodzice mi paniują, to w oczach tych dzieci widzę dystans i lęk przed tym, czy za moment nie zacznę zachowywać się jak ciotka Halinka, która przyłazi w odwiedziny do babci i dziadka, daje w prezencie karmy dla kotów, pachnie jak kot i ze swoimi wąsami wygląda jak kot. I szczypie policzki i chce buziaczki. 

Bo ja się jakaś taka ostatnio zrobiłam zdystansowana do oficjalnych spraw. 

19:44, babskistyl
Link Komentarze (2) »
środa, 27 lutego 2019

Wcale że sobotnia impreza nie przeciągnęła się do dziś. Są tacy, a raczej takie, co to czytają tego bloga i mogą potwierdzić moje zeznania. 

Ogólnie było dużo wszystkiego, łącznie z obciąganiem. To tyle. Resztę zabieram do grobu. 

ALE poza konkursem, to chciałabym jeszcze króciutko w temacie soboty się wypowiedzieć/wypisać. Mianowicie mnie to nie powinno się podlewać alkoholem i wypuszczać do ludzi. Bez wódki jestem śmiała jak dziwka z burdelu, a po niej to już mogłabym kandydować na prezydenta świata. I jestem kurwa pewna, że odniosłabym zwycięstwo w pierwszej turze! 

Wyobraźcie sobie sytuację. 

Siedzi przy barze para, są tak blisko siebie, że jego ręce z braku możliwości wykonania innego manewru znajdują się albo na jej tyłku, albo na biodrach, albo na plecach. Niekiedy dotykają szyj, twarzy. Robią to w sposób tak kurwa magicznie podniecający i delikatny i czuły i zarazem pruderyjny, że ja zamiast rozmawiać, to się na nich co chwilę gapię. Zachowywali się tak, jakby świata poza nimi nie było. Absolutnie przewspaniale!

Natomiast jeśli chodzi o moja osobę, to tylko zboczenie zawodowe mi się uaktywniło poprzez taką obserwację ludzi. 

Było coś koło 2 w nocy (chyba, bo nie pamiętam, więc wymyślam), postanowiłyśmy się przenieść gdzieś indziej. I co ja robię w trakcie też przeprowadzki? No co? No podchodzę do tej pary i mówię, że przez cały wieczór się im przyglądam, bo inaczej nie umiem i że są cudowni i emanuję od nich taki seks, że zaraz lokal wybuchnie. W odpowiedzi dostaję kilo śmiechu i buziaki i absolutne zaskoczenie i tysiąc komplementów i od razu zostajemy kumplami na Instagramie.

Na dobranoc mówię im jeszcze, że dam sobie włosy obciąć, że wiem jaka jest ich ulubiona pozycja w łóżku. 

Natomiast w niedzielę trochę się wstydziłam swojego zachowania. Ale serio tylko trochę. 

W poniedziałek dostałam mandat za zbyt szybką jazdę. Mimo że uaktywniłam cały swój urok osobisty, to machnął mi facet 100 zł i 4 punkty. Jakbym je zbierała kurde. Ostatnio to kolekcjonowałam karteczki ze Spajs Gerls i Beskrit Bojs i Królem Lwem. Myślę sobie jednak, że gdybym była po alkoholu, to bankowo bym mi tego mandatu nie wlepił. Bo jak wcześniej wspominałam, wtedy mój urok osobisty działa bardzo!

W poniedziałek też przywieźli szafę i dziwili się strasznie, że sami zdecydowaliśmy się na jej montaż. Teraz wiem czemu. Bp to najbardziej pojebana szafa świata i przysięgam, że w pewnym momencie to sobie pomyślałam, że mi przywieźli trumnę w kawałkach do własnoręcznego złożenia...

A tak poza tym to wszyscy zdrowi. 

23:13, babskistyl
Link Komentarze (5) »
sobota, 23 lutego 2019

Dziś sobota, a ja mam w planach wyjście w miasto, picie, gwałty i rabunki. Oczywiście w doborowym towarzystwie kumpelek moich trzech. 

I wyjątkowo mi się chce iść.

Bo zazwyczaj było tak, że gdy nastał dzień naszego patologicznego spotkania, to albo ja je odwoływałam, albo jechałam autem, zostawiając szofera w domu. A wiecie jakie są imprezy na trzeźwo? Człowiek patrz, patrzy i się nadziwić nie może temu, co widzi. Po alkoholu poczucie humoru jest zdecydowanie inne. Chujowsze rzekłabym i jakieś takie zdystansowane. 

Jednak ja chciałam wspomnieć o tym, jak to się zaczęło spotykanie w gronie tych dziewczyn. 

Przyjechała do mnie Agata, ta o której pisałam w dwóch wpisach wcześniej (se znajdź drogi czytelniku, podpowiem że w tytule Gdańsk jest). Postanowiłam zorganizować jej świetny dzień. Taki zostający w pamięci do końca życia. 

Najpierw zabrałam ją na mecz Widzewa. O matko, jak ja ją tym skrzywdziłam. Tak jest, piłka nożna nie jest dla wszystkich. Pamiętam że dobiegała końca druga połowa i sędzia podniósł do góry tabliczkę z informacją, ile jeszcze czasu zostało.

-Do regulaminowego czasu gry sędzia dolicza 3 minuty - dało się słyszeć Tarota, spikera. 

Agata pyta, czy to już koniec? Mówię że tak. I w tym samym momencie następuję taktyczna zmiana dla wybicia przeciwnika z rytmu. Wchodzi dwóch piłkarzy, ale to nie jest ważne, chodziło o ich numerki na koszulkach. 

-Ale co się dzieje? - pyta Agata

Kolega, który stał tuż obok nas, postanowił się nad nią ciut poznęcać:

-Widzisz tego gościa który zszedł?

-No widzę - mówi Aga.

-On ma na koszulce numer 17. Widzisz tego drugiego? On ma numer 34. Ile to jest razem?

-51, a co? - pyta Agata.

-A to, że będziemy grali jeszcze 51 minut. Plus oczywiście te doliczone 3. Czyli razem 54 minuty.

Oczywiście że mu uwierzyła. No bo czemu miała nie. Ale załamanie które dało się widzieć na jej twarzy, nie pozwoliło mi na dalsze tortury.

-Agi, zostały tylko te 3 minuty, a nawet i mniej. On Cię wkręca. 

Ulga na jej twarzy równała się z ulgą nastolatki, która dowiaduje się, że test ciążowy się jednak pomylił i mamusią jeszcze niezostanie. Także ogarnijcie powagę sytuacji. 

Na szczęście dla Agaty pojechałyśmy do domu, żeby się ogarnąć na wieczór. Poza nami miało być kilka moich koleżanek i ktoś tam miał przyprowadzić kogoś. No bo ja, jak to ja, rzuciłam na fejsbuka ogłoszenie że potrzebuję kobiet na imprezę. 

Zgłosiło się pięć plus my dwie. 

Co to było, to ja do dziś nie mogę dojść do siebie. W zasadzie tylko ja znałam je wszystkie. Do momentu wypicia pierwszego kieliszka, to miałam wrażenie, że zorganizowałam stypę. Agata patrzy na mnie i wzrokiem przesyła mi swoje myśli:

-Ty kurwa mać, a ja to Cię w Gdańsku tak ugościłam, że prawie umarłaś!

Później się zaczęło...Jak tylko wódka wjechała na stół, to wszyscy ludzie obecni w lokalu co chwile dostawali skrętu szyj. Nagle okazało się, że zachowujemy się tak, jakby to było spotkanie klasowe po jakichś 20 latach od zakończenia nauki. No tyle miałyśmy sobie do powiedzenia.

Swoją drogą na takim też byłam dwa lata temu i myślę, że już więcej się nie zobaczymy. Ktoś tam się rozwiódł po spotkaniu, ktoś umarł, ktoś sprzedał nerkę. 

Nastał świt, przy naszym stoliku jakieś milion osób siedzi, w między czasie obskoczyłyśmy z 5 innych imprez. Agata resztką sił mówi tak:

-Zabierz mnie spać.

Zabrałam i ją i siebie. Tak chyba było. Kac męczył trzy dni. Wspomnienia zostały do dziś.

Cyklicznie się spotykamy, fakt, w mniejszym gronie, ale od prawie 10 lat się widujemy w takim babskim towarzystwie. 

Innym razem, gdy Aga przyjechała postanowiłyśmy zrobić jej wieczór panieński. Taki fikcyjny, bo ona wtedy nawet chłopaka nie miała. Ale naprawdę polecam taką inicjatywę, faceci ciągle stawiali darmową wódkę. 

10:51, babskistyl
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 lutego 2019

Rzecz się działa wczoraj między 22 a 1 w nocy.

Jakoś tak mocnym wieczorem coś mnie trafiło, postanowiłam więc pójść do kina, a kiedy ja sobie coś wymyślę, to to robię. Nie stwarzam po drodze chodnika ze stu tysięcy przeszkód, które miałyby mi przeszkodzić w dojściu do celu. 

Tylko samej mi się nie bardzo chciało tam iść, więc zgarnęłam chrześnicę. Ona jest już w takim wieku, że uprawia seks, pali e-papierosy i coś tam wypije na bazie alkoholu, więc filmem też była zainteresowana.

Od sportu stroni.

Najpierw było 30 minut reklam. Tyle chodzę do kina i jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. Dodam tylko, że oczywiście niektóre filmy były reklamowane dwa razy. Zapewne tak dla pewności, a nóż ludzie w trakcie pierwszej reklamy robili coś innego, na ten przykład nie oglądali ich.

W końcu jednak się zaczęło. 

Cały film w mojej ocenie może pochwalić się przekapitalnymi zdjęciami. Ogromne ukłony w stronę autora, Bartosza Cierlicy. Kawał dobrej roboty. 

Eryk Lubos - ach, och. Wymiótł wszystkich i w parterze i w stójce. I w dialogach i w mimice. W całokształcie przekozak! 

Mamed Khalidov - no widać że Łódzkiej Filmówki to on nie kończył, ALE z tego człowieka bije niesamowicie pozytywna energia. 

Mam odczucie, że film to taki mocno udoskonalony Rocky Balboa w polskiej wersji. Szczególnie ostatnia scena. 

Co mi się nie podobało? 

To, że do Kosy nagle chuj wie skąd, po wcześniejszym wyznaniu nienawiści, przyjeżdża Nina, jego nowa, ale już od pewnego czasu pełniąca funkcję ex kobiety. Informuje go o porwaniu jej prywatnej córki. No zwyczajnie czegoś mi brakowało "chwilę przed". Jakiegoś worka na łbie czy coś. 

Było coś jeszcze jedno, ale zapomniałam co. Znaczy że chyba mało istotne i można to w czeluść dupy wsadzić. 

Co mi się podobało?

Wszystko inne, a najbardziej to,  że mimo iż akcja działa się wolno i długo, to zero nudy. Przemyślane. 

Historia o samotnym człowieku. Na wskroś samotnym. Nawet gdy był z ludźmi. 

 

23:04, babskistyl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 lutego 2019

Świtało w szarym kolorze.

Można było się jeszcze leniwie poprzeciągać, pomruczeć. Można było jeszcze na chwilę zamknąć oko i wrócić do tego pięknego snu. 

Z nim. Z jego ciałem. Z jego śmiechem. Z jego silnym i zarazem delikatnym dotykiem. Z jego pocałunkiem na każdym centymetrze mojego ponętnego ciała. Tylko leżeć, nawet z zamkniętymi na klucz oczami. 

Wdychać zapach jego skóry. Świetne perfumy swoją drogą, Hugo Boss? 

Przytulić się do jego nagich pleców, objąć w pasie, dłoń położyć na podbrzuszu i głaskać to miejsce z całym namaszczeniem. 

Swoją drogą jak na mnie działa to podbrzusze, oj co ono ze mną robi...

I tylko tak leżeć. 

Ech, że te sny na mają funkcji przewiń...

14:53, babskistyl
Link Komentarze (2) »

Gdy miałam lat 5, chodziłam sama do sklepu po zakupy. Gdy miałam lat 6, wracałam sama ze szkoły, gdyż ponieważ, moja mama uznała, że jestem na tyle odpowiedzialna, że dam sobie radę. 

To w wersji oficjalniej.

Nieoficjalnie to jej się chyba dupy nie chciało ruszyć, samochodów mało jeździło, a pedofile tak się nie uaktywniali. Jednak jak sobie przypominam ten czas i pomyślałam, że mój pięcioletni syn miałby sam wrócić ze szkoły...mam ogromną wyobraźnię, przeogromną. Ale nie aż tak. 

Tak jest, inny świat nastał. 

Młody, lat miał wtedy chyba osiem i postanowił iść sam do sklepu. Odległość niecały kilometr. Po czipsy i kole chciał iść. No bo po co innego? 

Chwilę się zastanowiłam, czy go puścić samego, ale kurde, powiedziałam do siebie, ogarnij się! Da radę. To nie jest misja na Marsa. 

Poszedł, a że ja mogłam na niego patrzeć przez jakieś 300 m w linii prostej...to patrzyłam. Gdy tylko zniknął za rogiem, momentalnie, w sekundzie, przypomniał mi się śmiertelny wpadek sprzed kilku dni. Wydarzył się w sąsiedniej miejscowości. 

Blednę. Panikuję. Strzelam sobie klapsa w twarz. Chciałabym strzelić coś innego, wódkę na ten przykład, ale jest przed dwunastą, a jak wiadomo lejdis and dżentelmens nie piją przed południem. 

Powinnam mu prowiant na drogę przygotować. Myślę sobie, włącz telewizor, informacje, może już w wiadomościach mówią o tym, że coś mu się stało. 

Wrócił. 

Uśmiechnięty i w ogóle. 

Teraz się z tego śmieję, ale wtedy...co ta moja mama czasem czuła, kiedy ja nie wracałam do domu na noc...?

(tak wiem, poniosło mnie)

11:26, babskistyl
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10